Rynek pracy jest trudny i pracodawcy w sposób mniej lub bardziej bezpośredni wykorzystują to, sugerując pracownikowi takie lub inne zachowania. Większość grup zawodowych ma trudną sytuację, polegającą na tym, że jest dużo więcej pracowników niż etatów. Pracując w jakiejś firmie praktycznie słyszymy czyjś oddech na plecach, tak wiele innych osób stoi w kolejce, w oczekiwaniu na zwolnienie się naszego miejsca pracy. W takiej sytuacji pracodawcy wcale nie są zainteresowani utrzymaniem pracownika w firmie, od czasu do czasu nawet myślą, w jaki sposób wymienić go na młodszego i tańszego. Jako, że o równie doświadczonego raczej jest trudno, ci starsi zaczęli się zastanawiać, w swoim własnym bardzo dobrze pojętym interesie, jak tu zachęcić pracodawcę, to pozostawienia w firmie, starszego i doświadczonego pracownika. Takim prostym rozwiązaniem korzystnym dla obu stron jest samozatrudnienie.

Z jednej strony zakład pracy pozbywa się etatu i płacenia horrendalnego ZUSu, a z drugiej pracownik proponując, że weźmie na siebie wszystkie obciążenia zusowskie może otrzymać co najmniej część pieniędzy, które dotychczas zakład przeznaczał na opłacanie ZUS. Ta propozycja jest atrakcyjna, gdyż jest to podwyższenie pensji o ponad połowę. Jeśli obie strony mają zyskać, to weźmy połowę z tej połowy. Dzięki temu pracownik na samozatrudnieniu może uzyskać pensje wyższą o 25 procent lub 30 procent, czyli z pensji trzy tysiące zrobi nam się cztery i pół. Samozatrudnienie może być tu jakimś rozwiązaniem dla obydwu stron. Wysoki ZUS, jaki pracodawca jest zobowiązany do odprowadzania, nie nakłania pracodawcy do myślenia o podwyżkach. Dodanie 100 złotych do pensji, kosztuje zakład pracy drugie tyle. Czyli z punktu widzenia pracodawcy jest to inwestycja 300 zł. A wiadomo, że jak się już upominamy o podwyżkę, to nie myślimy o zyskaniu 100 złotych. Wiele osób, z uwagi na doraźne korzyści, decyduje się na samozatrudnienie. Traci na tym tylko ZUS.